Tu i tam, i tam, i tam, i tu
Tam i tu, i tu, i tu, i tam
Tam i jeszcze tam, i jeszcze tu
Tu i jeszcze tu, i jeszcze tam
Tu i jeszcze tam
Tam i jeszcze tu
Tu i jeszcze,jeszcze,jeszcze tam
Świat Maliniaka
uśmiech wędruje daleko :)
W drodze swojej nie ustawaj!
Żebyś doszedł dokąd chcesz!
Niech marzenia staną się Twoją nocą, Twoim dniem!
Głosem serca w życiu kieruj się!"...
cisza po burzy
Cisza po burzy… a raczej cisza po niesprzyjających warunkach atmosferycznych jakie ostatnim czasy nawiedziły Trójmiasto, jak i całą Polskę – grad, silny wiatr, deszcz, sztorm. Efekt – połamane drzewa, pozrywane linie energetyczne, trakcje kolejowe i tramwajowe uszkodzone, zalane drogi, zniszczona ostroga sopockiego mola. Po kilku dniach tego armagedonu nastała cisza – dlatego tez wybrałem się na spacer aby zobaczyć jak to wygląda “po”.
Pierwsza część wycieczki to spacer z Luną na punkt widokowy nieopodal Opery Leśnej. Przy wejściu do lasu powinna stać tabliczka “ścinka drzew” – ścieżki po prostu zasypane gałęziami i gałązkami, mniejszymi i większymi, iglastymi i liściastymi. Na naszej drodze marszu leży wielkie powalone drzewo. Szybki slalom między konarami i możemy dalej podążać na punkt. Oczywiście cały czas depczemy po gałęziach i innych tego typu rzeczach co powinny być na drzewach. W lesie oprócz nas, żywej duszy – widać jeszcze nikt po wichurach nie chciał wchodzić do lasu.
Drugi przystanek to molo. Tym razem sam już postanowiłem zobaczyć jak “drewniany pomościk” ucierpiał po sztormie – musiał mocno oberwać skoro włodarze miasta zabronili wchodzić na deski mola. Przed wejściem na płatną część stoją dwa rzędy metalowych bramek oraz wisi kartka o zakazie wstępu bo może grozić śmiercią bądź kalectwem, do tego jakby ktoś nie umieł czytać swoi samochód z ochroną aby nikt na pewno nie przeoczył ni barierek ni napisu na czerwonym tle. Zaś na plaży sporo spacerowiczów – zapewne też byli zainteresowani tym co przyniósł sztorm. Wiele osób dokumentowało to na zdjęciach, część podziwiała to co morze wyrzuciło na brzeg (ja znalazłem kotwice), a byli też tacy co karmili łabędzie. Iż molo zamknięte – przeszedłem się po plaży. Poziom wody widać, że wyższy niż zazwyczaj. Pod molem leży wielkie drzewo – między balami jakby nigdy nic – ciekawe skąd się ono tu wzięło. Większość plaży pokryta była zieleniną morską, meduzami, śmieciami – to taki standard. Ciekawsze rzeczy jakie można było znaleźć to boja leżąca prawie na wydmach, kotwica (może nie taka jak w Titanicu), deski i resztki ostrogi, liny rybackie – iście pirackie skarby.
Podczas tej przechadzki miałem okazję pobawić się filtrem polaryzacyjnym, przez co wydaje mi się, że zdjęcia troszkę przyciemne powychodziły.
rok z OPENCACHING
To, że czas leci wie każdy z nas. Po jakimś okresie są rocznice- jubileusze. I tak spotkało to mnie. Rok od tajemniczej rozmowy i niebezpiecznej wyprawy w poszukiwaniu drzew co mają oczy. Rok zabawy w geocaching za mną i esem’em.
esem: idziesz szukać drzew co mają oczy?
Maliniak: co takiego?
esem: drzewa mają oczy
Maliniak: hmm … czemu nie …
6 października 2008 roku naszym łupem padły sopockie drzewa. Zaś po powrocie do domu i zorientowaniu się, że w Gdańsku dopiero co ujawniły się kolejne drzewiaste oczęta – wyruszyliśmy i tam, aby poznać ich tajemnicę. Dzięki pragnieniu zaspokojenia ciekawości byliśmy pierwszymi śmiałkami co dotarli do końca krętej ścieżki drzew. Poznaliśmy tajemnicę FTFa.
Po roku zmagań ze skrzynkami, sytuacja wygląda następująco:
- znalezionych koło 275, w tym 17 FTFów,
- założonych 6 – otrzymanych gwiazdek 22,
- przybyto ponad 8000 km; szczegóły – GK Maliniak,
- założonych GK 7; przebyty przed nie dystans – prawie 2000 km,
- udział w jednym filmie o geocaching’u,
- jedna produkcja filmowa tzw. “after-party” spotkania trójmiejskich cacher’ów,
Chcąc uczcić rocznicę, zgodnie ze zwyczajem ruszyliśmy na nocne łowy – jako cel jubileuszowy wybraliśmy skrzynkę z serii Kaszubskie Drogowskazy – XII, kolegi Wanogi, która znajduje się w rumskich lasach. Wyprawa zapowiadała się obiecująco, a kolejne napotykane kamienie nie zanosiły, że są to miłego złe początki. Koło 22:30 dotarliśmy do ostatniego punktu wędrówki, przy którym w niedalekiej odległości miał się znajdować pojemnik. Azymut wyznaczony – to w drogę na poszukiwania. Znając wanogowe kamienne sarkofagi i wiedząc, że jest to gdzieś pod świerkiem przeczesywaliśmy las, drzewo po drzewie, korzeń po korzeniu, liść po liściu. Nic. Przyszedł pomysł z dokładnym wyznaczeniem azymutu, za pomocą latarki i jej światła. Po dobrej godzinie eksploracji terenu, kiedy to esem’owy GPS oraz latarka odmówiły posłuszeństwa, a drzewa sprawdzone wzdłuż i wszerz. Zaczęliśmy się wycofywać – bo do samochodu było jakieś 4 km, a na zegarze prawie północ. Aby zaoszczędzić trochę czasu poszliśmy skrótem, tylko nie odbiliśmy w pewnym momencie w bok i tym sposobem wylądowaliśmy w mieście – Rumi, bo po kilkuset metrach ukazała się tablica “REDA”. Wariant powrotu okazał się chyba jednym z najdłuższych, czyli koło 7 km. W sumie błąkając się tej nocy zrobiliśmy około 15 km, skrzynki nie znaleźliśmy, ale przygód było bez liku. Dzień później wynikło, że autor skrzyneczki zwodził nas za nosy – myląc się w opisie i zamieniając 2 słowa ODLEGŁOŚĆ ↔ AZYMUT. I tak szukaliśmy nie w tym kierunku i nie w tej odległości co trzeba, ale na szczęście aż tak źle z nami nie jest jakby się mogło wydawać.
IV Rajd szlakami żołnierzy wyklętych mjr. Józefa Kurasia “Orła” – “Ognia”
Ostatnie dni wakacji – czyli pierwszy weekend października, upłynął pod znakiem wyprawy na południe Polski – w tatry, aby uczestniczyć w IV Rajdzie szlakami żołnierzy wyklętych mjr. Józefa Kurasia “Orła” – “Ognia”. W czwartek w godzinach wieczornych (19 z minutami) w pociągu monciak-krupówki spotkała się mocna ekipa pod wezwaniem – czyt. Asia, Ofka i ja.
Pierwsze zadanie to dotrzeć do Nowego Targu na piątek godzinę 9:00. Ale jak to bywa z PKP pośpiesznymi w Krakowie wylądowaliśmy z 90 minutowym opóźnieniem i rajdowicze zdążyli się już przenieść do Chochołowa – nam się też tam udało dojechać dzięki panu Tacie Magdy. Tam też spotkaliśmy czwartego członka naszego patrolu – Mateusza. Dzięki temu, że już było nas czworo mogliśmy być własnym niezależnym patrolem – zaś naszym patronem był Zdzisław Badocha ps. “Żelazny”. W tak zwanym międzyczasie zwiedziliśmy muzeum powstania chochołowskiego, przeszliśmy się po Chochołowie, gdzie jest duża ilość chałup z bali. Zaś gdy wybiła 13:30, czas było ruszać na szlak gry, która wiodła po granicy polsko-słowackiej i tak dzięki temu raz byłem w Polsce a raz na Słowacji. Po drodze niekontrolowane zejście i szybka wspinaczka pod górę na tzw. azymut wyznaczany na oko. Ale się wszystko udało i dotarliśmy wszędzie gdzie trzeba było. Następnie przejazd do Raby Wyżne, gdzie w Rabacówce zjedliśmy obiad, ale i również była to nasza baza – gdzie po wieczornych rozmowach w izbie poszliśmy spać.
Sobota zaczęła się dla nas dość wcześnie bo pobudką o 5 rano. 6 z minutami wyjazd autokarem do doliny chochołowskiej gdzie czekały na nas kolejne atrakcje. Pierwszą z nich była scena przygotowana przez Grupę Rekonstrukcji Historycznych “Błyskawica”. Następnie wszyscy przejechaliśmy kolejką “Rakoń” by od polany huciska móc wspinać się w górę doliny chochołowskiej oraz doliny starorobociańskiej w poszukiwaniu szczątków schroniska. Tam zostały złożone kwiaty. A nam po przejechaniu całej Polski marzyły się góry – i tym sposobem wraz z prawdziwym góralem ino przewodnikiem tatrzańskim – Staszkiem. I tak siwa przełęcz i Ornak nie miał szans, kiedy to dzielnie się wspinaliśmy. Widoki z przełęczy jak i ze skalistego Ornaku – niesamowite. Pogoda dopisała -było na co popatrzeć – na tatry oczywiście. I biegusiem w dół – przełęcz iwaniacka, następnie dolina chochołowska. Ale aby zdążyć na miejsce zbiórki ekipa pod wezwaniem zdecydowała się na szalony górski zjazdo-slalom – dystans 7,5 km, prędkość – demoniczna. Kolejnym punktem programu był koncert, ale w niecodziennej scenerii – bo w skansenie i nie jakiś koncert, ale przedpremierowy występ zespołu “De Press” – promujący płytę “Myśmy Rebelianci”. Po wyśmienitym występie i obfitym bisie wróciliśmy do Rabacówki gdzie czekała kolacja, a po niej rozpaliło się ognisko podsumowujące nasze prezentacje o patronie i wybranej piosenki. Co do piosenki to mieliśmy mocne wsparcie pani Ani i pana Andrzeja Kołakowskich i dzięki temu zmierzch zapadł nad cichym jeziorem. Po części oficjalnej został uruchomiony grill (+ kiełbaski), a większość osób schowała się w izbie, gdyż wieczór był już bardzo chłodny – i tak przy stoliku czekając na kiełbaski pan Andrzej wraz ze Staszkiem przygrywali na gitarze w przerwach czy to chwila ciszy, czy też opowieści drzewa sandałowego każdy snuł.
Ostatniego dnia rajdu, jak i naszego pobytu w górach, zostaliśmy przerzuceni do Kościeliska. Na msze kończącą rajd, zaś przed nią odbyła się rekonstrukcja rozbicia grupy “Marnego”. Stojąc za blisko można było dostać odpryskiem granatu. Dym, huk i strzały towarzyszyły przygotowanym scenom. Ostatnim elementem było przejście do “śmiechówka” – miejsca gdzie grupa “Marnego” została zamordowana – i wyniki rajdu. Lecz nam nie było dane iść na to miejsce i usłyszeć wyniki ponieważ wtedy byliśmy już w drodze do Krakowa, skąd czekał ekspres do Trójmiasta. I tu przygoda z serii PKP i niezapomniana podróż – czyli miejscówka bez miejsca i podróż do domu w Warsie. Tym razem bez opóźnień dojechaliśmy do celu i tym samym koło 1 w nocy stanąłem u progu swego domku. Aby moc się wyspać, a rano wstać i pójść na pierwsze zajęcia V semestru telekomunikacji.
strona rajdowa: http://www.rajd.waks.pl/
1 2 3 ruszamy
1 października AD 2009
witam wszystkich serdecznie,
nadeszła wiekopomna chwila – postanowiłem stworzyć w końcu swoją stronę, do której zabierałem się już dobre kilka razy – gdzieś już nawet gotowe projekty były, ale nigdy to do skutku nie dochodziło. Tym razem jest inaczej – strona jest gotowa w podstawowej wersji by pokazać ją światu.
Na razie dużo tutaj rzeczy ni ma. Dopiero z nią ruszam, ale z czasem będzie coraz bogatsza… tylko w co bogatsza? Jakoż tyluł strony jest “Świat Maliniaka” to tego możecie się spodziewać, głównie zdjęć i krótkich relacji z akcji, wyjazdów jakim biorę udział, życiu studenta, wolnych przemyśleniach, ciekawostkach, humoru i innych nieujawnionych.
Jak dotąd dużą popularność zyskała sobie moja prywatna (tak miało być na początku) galeria na picasie, która z czasem ewoluowała do rangi nawet ogólnopolskiej. Co się z nią teraz stanie? Nic, zdjęcia które tam są raczej zostaną (choć część wisi tam tylko czasowo), raczej już tam dodawać nic nie będę. A pokazowe galerie zdjęć będę umieszczał na stronie.
Adres strony, aktualny adres jest adresem roboczym. Cały czas się zastanawiam nad nazwą i wykupieniem domeny zewnętrznej. Jeśli masz nietuzinkowy pomysł na adres to przedstaw swoją propozycję.
zapraszam do zwiedzania świata maliniaka, jedyne co potrzeba to zapalić lampkę.

A tym czasem – jeszcze 4 dni wakacji – kierunek południe Polski i góry Tatry.
Zapalamy ją, a cienie niech odejdą precz.
