Tu i tam, i tam, i tam, i tu
Tam i tu, i tu, i tu, i tam
Tam i jeszcze tam, i jeszcze tu
Tu i jeszcze tu, i jeszcze tam
Tu i jeszcze tam
Tam i jeszcze tu
Tu i jeszcze,jeszcze,jeszcze tam
Świat Maliniaka
uśmiech wędruje daleko :)
W drodze swojej nie ustawaj!
Żebyś doszedł dokąd chcesz!
Niech marzenia staną się Twoją nocą, Twoim dniem!
Głosem serca w życiu kieruj się!"...
Podkurek 2009
W miniony weekend z ojcem, wybraliśmy się na jedną z rund pucharu polski w InO – Podkurek 2009, rozgrywany w Łochowie. Impreza składała się z 4 etapów – 1 dzienny w sobotę przed południem i 3 nocne z soboty na niedziele (w sumie 2 pełne etapy + dojściówka do bazy).
Wyjazd w piątek koło 18, wraz z nami jechał jeszcze Pacek i Jankes. Do liceum, gdzie mieściła się baza przyjechaliśmy koło 23-24. Zapowiadały się “długie, nocne Polaków rozmowy”, jak to zwykle bywa przy takich imprezach. Niektórzy balowali do białego rana, inni koło 2:30 poszli spać.
Pierwszy etap składał się z pierścieni i kółek, które trzeba było wpasowywać odpowiednio jak wskazywał szkic rozmieszczenia pierścieni. Trasa pokonana bez większych trudności. Do mety doniesiony została komplet punktów z paroma stowarzyszami i jedną przebitką. Pogoda jak dotąd była po naszej stronie – nie padało, zaś było pochmurnie. Po powrocie ciepły obiadek, a następnie część konkursowa czyli trasa krajoznawcza, konkurs przyrodniczo-historyczny, InO-krzyżówka i Jerzyki. Najbardziej spodobało mi się jedno z haseł krzyżówki, które potem w lesie ciągle z Krzysiem powtarzaliśmy, a brzmi ono tak ‘chodzić na … , czyli na czuja’ – pierwsza myśl to azymut i tak już zostało w naszej pamięci.
Zbliżyła się 18 – pora wyjazdu autokarem na nocne leśne zmagania. Jadąc na miejsce startu zaczęło padać i tak w deszczu minęła nam pierwsza trasa. Etap to żeberka z kartofelkami, czyli autorska wersja Leszka Herman-Iżyckiego przedstawienia linii grzbietowej jako wyprostowanego żeberka. W lesie hardo było, ze względu na trudność etapu jaką nam zaserwował budowniczy jak i również niesprzyjające warunki atmosferyczne. Po zrobieniu ponad 8 km i wykorzystaniu prawie całego czasu spóźnień dotarliśmy do mety bez jednego kartofelka. Krótka przerwa i czym prędej na kolejny etap, bo przestało padać, ale zaczęło być bardzo zimno, więc im szybciej w las tym lepiej dla nas. Na starcie okazuję się, że w jednym czasie mogą startować 3 zespoły i iść razem. Tym razem autor chce z nami ułożyć pasjansa i dopuszcza 256 rozwiązań. Oczywiście zasada, że na czarne musi iść czerwone, a na czerwone czarne innej możliwości nie było, a gdy się coś poknociło to 30 karnych wlatywało. Etapik pokonywany 3 zespołowo, gdzie po drodze nie spotkaliśmy żadnych innych zespołów TS, jedynie mijaliśmy się z TJ – łatwo, szybko i przyjemnie. Tutaj do mety też z kompletem punktów w tym 4 stowarzyszami doszliśmy. Chwilka przerwy i ostatnie zmagania przed nami – czyli IV etap – a raczej etapik, bo była to trasa powrotna do szkoły, na której trzeba było zdobyć 6 punktów, a meta była już w samej bazie. Cały myk etapu polegał na tym, że była podana prędkość z jaką trzeba było iść oraz czas po którym należało podbić punkt, notabene praktyczne zastosowanie jednego z wzorów jakich się uczymy na fizyce, czyli S=V•t – jest to wzór na drogę w ruchu jednostajnym, gdzie S to droga, V prędkość, a t czas. Podzieliliśmy się zadaniami, ja byłem odpowiedzialny za mierzenie czasu, a ojciec za wyliczenia. Trasa prowadziła po zielonym szlaku rowerowym, ale to i tak pokazało, że łatwo jest wypaść z trasy – nam się udało to 3 razy, ale szybko to naprawiliśmy. Dzięki czemu dobiegliśmy do mety we właściwym dla nas czasie (mieliśmy zero za czas) i 4 stowarzyszami. Uradowani faktem, ze już jesteśmy po i w dodatku ciepłej bazie, gdzie tylko przebrać się w suche rzeczy, prysznic i można było iść spać.
Rano 7:50 pobudka, bo o 8:00 jest zakończenie imprezy – oczywiście wyniki są mi nie znane, bo wolałem spać niż na nie czekać – rano przecież też będą, a protestów składać i tak nie zamierzałem. Stojąc zaspany przed listą i patrząc na wyniki, aż nie mogłem uwierzyć w to co widzę i czytam – a tam pierwsze miejsce Stanisław Malinowski, Piotr Malinowski. O kurka, by się rzekło, ‘ale jak’. Nie zbyt jest rozbudzony oraz bez pełnej świadomości wyników, bo nie wiedziałem czy to sen czy jawa – zabrałem wilgotny polar i poszedłem na zakończenie. A tam najpierw losowania i zakończenie wszystkich możliwych konkursów jakie były (w większości wzięliśmy udział) i udało się wygrać chyba ze trzy z nich. I po tej dłuższej chwili przyszło podsumować rajd i poszczególne kategorie. I przyszła pora na Te eSy, gdzie zostaliśmy wywołani jako ‘czarny koń tych zawodów’. Otrzymaliśmy szklane puchary oraz siatkę z nagrodami za zajęcie pierwszego miejsca. Po zakończeniu – pakowanie i powrót do domku.
Łoś 2009 – regulamin
przede mną szósta odsłona marszy na orientację Łoś 2009 do przygotowania. Chciałbym na nią zaprosić wszystkich chętnych, którzy mają ochotę pochodzić troszkę po lesie z mapą i kompasem. Tym razem baza będzie zlokalizowana przy pomniku/dębie Esperantystów. Start o 11:00, a na zapisy czas będzie od 10:30.
Nie jest to żadna impreza pucharowa – liczy się przede wszystkim dobra zabawa.
Szczegółowe informacje co i jak – czytaj więcej
semestr 5 już trwa
i to już 2 tygodnie tego semestru za nami. W tym półroczu przewagę wzięły wykłady, których mamy aż 18 godzin tygodniowo, do tego 6 godzin laborek, 4 ćwiczeń i skromnie 1 godzina projektu. Wstępne rozeznanie przedmiotów mamy – czyli co potrzeba do zaliczenia przedmiotu, gdzie znaleźć dodatkowe materiały, jak będą wyglądały laborki i takie tam inne różne sprawy.
Informacje zebrane i spisane w jednym miejscu – w zakładce odnośnie studiów, gdzie obok kalendarza stanowić będą podstawowe źródło informacji dla studentów grupy 01 (czyt. głównie sela i mnie). Spis będzie aktualizowany od potrzeb, czy też kolejnych semestrów.
a tym czasem trzeba już pisać sprawozdanie i przygotowywać się kolejnej laborki z analogów …
cisza po burzy
Cisza po burzy… a raczej cisza po niesprzyjających warunkach atmosferycznych jakie ostatnim czasy nawiedziły Trójmiasto, jak i całą Polskę – grad, silny wiatr, deszcz, sztorm. Efekt – połamane drzewa, pozrywane linie energetyczne, trakcje kolejowe i tramwajowe uszkodzone, zalane drogi, zniszczona ostroga sopockiego mola. Po kilku dniach tego armagedonu nastała cisza – dlatego tez wybrałem się na spacer aby zobaczyć jak to wygląda “po”.
Pierwsza część wycieczki to spacer z Luną na punkt widokowy nieopodal Opery Leśnej. Przy wejściu do lasu powinna stać tabliczka “ścinka drzew” – ścieżki po prostu zasypane gałęziami i gałązkami, mniejszymi i większymi, iglastymi i liściastymi. Na naszej drodze marszu leży wielkie powalone drzewo. Szybki slalom między konarami i możemy dalej podążać na punkt. Oczywiście cały czas depczemy po gałęziach i innych tego typu rzeczach co powinny być na drzewach. W lesie oprócz nas, żywej duszy – widać jeszcze nikt po wichurach nie chciał wchodzić do lasu.
Drugi przystanek to molo. Tym razem sam już postanowiłem zobaczyć jak “drewniany pomościk” ucierpiał po sztormie – musiał mocno oberwać skoro włodarze miasta zabronili wchodzić na deski mola. Przed wejściem na płatną część stoją dwa rzędy metalowych bramek oraz wisi kartka o zakazie wstępu bo może grozić śmiercią bądź kalectwem, do tego jakby ktoś nie umieł czytać swoi samochód z ochroną aby nikt na pewno nie przeoczył ni barierek ni napisu na czerwonym tle. Zaś na plaży sporo spacerowiczów – zapewne też byli zainteresowani tym co przyniósł sztorm. Wiele osób dokumentowało to na zdjęciach, część podziwiała to co morze wyrzuciło na brzeg (ja znalazłem kotwice), a byli też tacy co karmili łabędzie. Iż molo zamknięte – przeszedłem się po plaży. Poziom wody widać, że wyższy niż zazwyczaj. Pod molem leży wielkie drzewo – między balami jakby nigdy nic – ciekawe skąd się ono tu wzięło. Większość plaży pokryta była zieleniną morską, meduzami, śmieciami – to taki standard. Ciekawsze rzeczy jakie można było znaleźć to boja leżąca prawie na wydmach, kotwica (może nie taka jak w Titanicu), deski i resztki ostrogi, liny rybackie – iście pirackie skarby.
Podczas tej przechadzki miałem okazję pobawić się filtrem polaryzacyjnym, przez co wydaje mi się, że zdjęcia troszkę przyciemne powychodziły.
Zapalamy ją, a cienie niech odejdą precz.